niedziela, 4 sierpnia 2013

Kilka słów o moim pierwszym (i ostatnim) wyjeździe na Woodstock.

Wiedziałam tylko, że gra Enter Shikari i Kabanos. Jechałam tak po prostu, w ramach wakacji. Nastawiałam się pozytywnie; byłam ciekawa, jak tam jest. Do woodstockowego pociągu wsiadłam wraz z przyjaciółką w środę o 22:35 - było luźniej i sympatyczniej, niż przypuszczałam. Innymi słowy - nie było tak strasznie ;) Ci, którzy mieli się najebać zbyt szybko i pójść spać zrobili to, inni popijali podczas całej podróży, jednak wszyscy zachowywali się dość kulturalnie. Sama miałam ochotę uniknąć konfrontacji z pociągowym kiblem, więc nie piłam. I mówiąc szczerze jazda na trzeźwo w przedziale pełnym pijanych ludzi była niecodzienną przygodą. Zabawnie było oglądać ich wszystkich, a jeszcze zabawniej mówić im na stacji końcowej, gdzie mają swoje rzeczy, bo sami już nic nie ogarniali.

Dotarliśmy około 5:30, potem jeszcze 40 minut spaceru na pole namiotowe i szukanie jakiegoś znośnego miejsca, by się rozbić. Krótka mżawka i krótka drzemka. Potem spacer na dworzec po Mężczyznę. Wracałam na pole resztkami sił, przebijałam się przez tłumy pijanych, głośnych i nie zawsze czystych ludzi :P Przenieśliśmy namiot kilkaset metrów dalej, pod las. Cień i jako taka cisza. Żarełko od Krishnowców. Swoje wstępne rozgoryczenie i brak zestrojenia z panującą atmosferą zrzuciłam na karb zmęczenia, i rzeczywiście - wieczorem było lepiej. Enter Shikari zagrało zajebisty koncert. Bezchmurne niebo, spadające gwiazdy. Fajnie.

Większość piątku spędziliśmy poza obozowiskiem. Zwiedziliśmy starówkę w Kostrzynie (polecam :3), byliśmy zagranico. Z zapartym tchem przebijaliśmy się przez rzekę ludzi oraz okolice toików i jakichkolwiek zarośli, gdzie można się swobodnie wysikać i postawić klocka. Odór był nie z tej ziemi. Ja już spasowałam - nie miałam ochoty ruszać się z naszej willi usytuowanej wśród ostów i pokrzyw.

W sobotę naszła nas ochota, by się w końcu umyć, ale od 10:00 nie było wody. 2,5 godziny łaziliśmy w pełnym słońcu w poszukiwaniu jakiegokolwiek ujęcia wody, gdzie ciśnienie byłoby większe niż kap kap kap i w końcu się udało. Spacer i koncert Kabanosa. Wielbię, wielbię, wielbię! A potem... Hunter. Nie wiem, co napisać - po prostu brak mi słów. To było straszne. Zagrali same covery znamienitych twórców i tylko kawałek Pantery broni się tym, że akurat Zenkowi przypadło gościnnie zaśpiewać. Ktoś zapomniał teksu w Paranoid, ktoś zapomniał tekstu i ogólnie wszystkiego w Killing In The Name, pokaleczono sromotnie Led Zeppelin. Naprawdę, naprawdę chciało mi się płakać. Nie było mi smutno,  że wyjeżdżam.

Podsumowując. Przez cały pobyt na woodstocku wypiłam 3 piwa, chociaż to za dużo powiedziane. Sommersby i dwie małe Warki Radler to nie piwo. Ale nie miałam jakoś specjalnie ochoty. Nie wczułam się też w klimat imprezy - od masówek wolę pojechać sobie po prostu do lasu/nad jezioro. Lubię móc się umyć wtedy, kiedy mam na to ochotę. Tak, jakoś mi to nie przypadło do gustu. Jednak ogromnie cieszę się, że mogłam przeżyć to na własnej skórze :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz