Jakiś czas już chodzi za mną rozkmina na temat dziewcząt zwanych potocznie 'puszczalskimi'.
Od tego obrazka się zaczęło. Sugeruje on dość bezpośrednio, że dziewczyna lubiąca seks i mająca wielu partnerów pozbawiona jest wartości jakichkolwiek. Inaczej ma się sprawa jeśli chodzi o mężczyznę - ten wychwalany jest pod niebiosa!
I wkurwia mnie to. Sama co prawda nie należę do tej grupy lasek, ale wyobrażam sobie, że takie istnieją - lubi seks, nie chce mieć chłopaka z jakiegoś tam względu, ma kilku 'kolegów', z którymi łazi do łóżka. Albo nawet bzyka się na imprezie z byle kim, bez zabezpieczenia - mniejsza o to. W czym rzecz? Po prostu nie kumam. Jeśli jest jej z tym dobrze, to czemu wpieprzać nos w nie swoje sprawy?
Co innego facet. Tak. Ten ma przecież zakodowane, żeby przekazywać geny dalej. Wspaniale - obok wybujałego libido jest to przecież znaczący argument. I co? I taki koleś też idzie na imprezę i zalicza panienkę. Taką panienkę, którą kwadrans później nazwie 'puszczalską'.
Szczyt pieprzonej hipokryzji. W skrócie - facet (z nudów, kompleksu 'małego' czy cokolwiek) nadaje na łatwe laski, jak to one się nie szanują i w ogóle jakie są be, przy czym sam nie jest lepszy - zalicza nie tylko dziewczyny, którym mydli oczy obietnicami, ale również takie 'dupodajki'. Po czym znowu jest zbulwersowany, jak one mogą tak robić. Panowie, kurwa mać! Jak wam takie dziewczyny nie pasują to trzymajcie się od nich z daleka. Poczuliście powołanie, żeby je nawracać czy co? Sami lepsi nie jesteście.
Kobieta, wbrew temu co się utarło ('boli mnie głowa') też ma swoje potrzeby, a jak chodzi niezaspokojona często wyłazi z niej najprawdziwsza jędza. Przy czym nie każda marzy o tym, żeby wieść sobie przytulne, milutkie życie z chłopakiem - nie, sporo jest niezależnych babek skupionych na innych rzeczach, niż faceci. I dobrze. W dodatku mamy naprawdę marny wybór w Polsce jeśli chodzi o mężczyzn, ale to inna bajka.
Jeszcze się zastanawiam, ilu przedstawicieli płci brzydszej w moim otoczeniu wyznaje pogląd, że zgwałcona laska sama sobie jest winna. Przecież na pewno prowokowała - strojem, zachowaniem.
Podsumowując - litości...
Za to otuchy dodaje co innego. Jednak niektórzy mają między uszami coś innego niż sznurek: 'będę po pracy. posprzątam Ci mieszkanko, zrobię zakupy i naprawię rower'
Da się? Da.
wtorek, 29 stycznia 2013
niedziela, 27 stycznia 2013
Niedziela. Upragniony dzień. Pierwsza od mniej więcej pięciu miesięcy próba. A trzecia w moim niespełna ćwierćwiecznym życiu. Jedna na tydzień, ale porządna, długa, owocna i długo wyczekiwana. To niesamowite - w domu nawet nie bardzo chce mi się wydrzeć japiszona, a kiedy przyjeżdżam do sali jest zupełnie inaczej. Trochę czasu schodzi mi na rozgrzewkę. A potem ćwiczę. I jest super :D I tak co tydzień. I mooooże coś z tego będzie, jak bozia pozwoli. W każdym razie przyrzekam rzeszom moich wiernych fanów, którzy zaglądają tu na pewno kilka razy dziennie - nawet kiedy będę celebrytką nie przestanę dla was pisać! :P
Poniedziałek. Odkryłam, że nie jestem sama. Mam dziewczynę. Z moją wieloletnią przyjaciółką miałyśmy małą wymianę argumentów (kiedyś to się nazywało kłótnią), po czym kiedy już ochłonęłyśmy powiedziałyśmy sobie wzajemnie parę rzeczy - i wtedy to się stało. To wyglądało jak kłótnia i słodkie pogodzenie się starego dobrego małżeństwa. I tak. Mam dziewczynę. Asiu, lofcjam Cjem. 4evor.
Wtorek zjadło. Ach. Doszłam do wniosku, że moja kołdra jest za wąska na dwie osoby.
Środa. Haha! Pełna werwy, optymizmu i wiary w sprawiedliwość stawiłam się w sądzie. Razem z siostrą. Sędzia przemaglował mnie na lewą stronę (oczywiście mówiłam do niego z rozpędu per 'pan', a mało brakowało, a walnęłabym 'no coś Ty'), z sali wyszłam chwiejnym krokiem, w barwach biało-czerwono-zielonych na twarzy. A to jeszcze nie koniec. W dodatku spółdzielnia, część mojego ukochanego miasta, założyła już przeciwko mnie sprawę o eksmisję. Świetnie! Świetnie mi się żyje w państwie polskim. Rewelacyjnie. Menelstwo zachlane ma dach nad głową, mogą sobie być zadłużeni, przechlewać kasę i szczać na drzwi wejściowe. Mieszkam tu od urodzenia i chcą mnie wywalić. Ech, szkoda gadać. Ale nie dam się. Na pocieszenie kołdra. I poszewka nawet. Dla Kluski pluszowy Szczurkoś (i kocimiętka), a dla brzuszka czekolada (tak dla odmiany). Zwieńczeniem dnia był wieczór z Farfałkiem, który to jeszcze brody nie zgolił (co pozytywnie wpływa na jego aparycję) oraz YouTube party z tymże kompanem. Cotygodniowe schadzki to już rytuał. Bardzo pomocny w utrzymaniu równowagi psychicznej w ciągu tygodnia.
Czwartek też zjadło, ale za to
Piątek był owocny. Spotkania towarzyskie kwitną. Najpierw siostra (która w drodze na rehabilitację ręki wywaliła się na schodach i zrobiła sobie coś z kostką, kocham!), kupno paczki glonów za 5zł (mniam) i za dużo spaghetti, po którym miałam brzuch napchany jak w 13. miesiącu ciąży. A potem, po miesiącu - Kama! Tak! W końcu. Proszę państwa, co za spotkanie. Przez te kilka lat od kiedy się poznałyśmy zachodzi w niej niesamowita metamorfoza i aż miło popatrzeć, jak się dziewczyna rozwija. Śliczna, oczytana, inteligentna. Lubi siedzieć w kuchni. I ma w domu dużo książek oczywiście. Hmm... Może zerwę z Aśką i zacznę kręcić z Kamą? A może trójkąt?
Nawet przeszło mi przez myśl, żeby skomentować piątkowe głosowanie na temat związków partnerskich, ale straciłam już cierpliwość. I ochotę na śledzenie polityki i tego typu podobnych wydarzeń. Po prostu chce mi się od tego rzygać, nerwy nie wytrzymują. Wolę pisać o czym innym. O lasach zielonych, rzekach mokrych, zwierzątkach, rowerkach, motorkach etc. A nie o gadających głowach.
Z resztą już niedługo. Zasiądę dumnie na pozycji Plecaka i z tej perspektywy świat będę oglądać. Doczekać się nie mogę. Potem sama będę Panią Kierowniczką.
Dzisiaj z piżamy wyskoczyła dopiero koło 14.30. Żeby pozory zachować. Gluty są lekkie i gardło nieco boli, więc niańczenie weekendowe odpadło. W ubraniu pozostałam niecałą godzinę, potem znowu wskoczyłam w piżamkę. Cały dzień w łóżku.
Jeszcze trochę i kwiaciarnię będę mogła otworzyć. Styczeń się jeszcze nie skończył, a już trzeci raz kwiaty w tym miesiącu dostałam. Nie może być! Świat zwariował.
Poniedziałek. Odkryłam, że nie jestem sama. Mam dziewczynę. Z moją wieloletnią przyjaciółką miałyśmy małą wymianę argumentów (kiedyś to się nazywało kłótnią), po czym kiedy już ochłonęłyśmy powiedziałyśmy sobie wzajemnie parę rzeczy - i wtedy to się stało. To wyglądało jak kłótnia i słodkie pogodzenie się starego dobrego małżeństwa. I tak. Mam dziewczynę. Asiu, lofcjam Cjem. 4evor.
Wtorek zjadło. Ach. Doszłam do wniosku, że moja kołdra jest za wąska na dwie osoby.
Środa. Haha! Pełna werwy, optymizmu i wiary w sprawiedliwość stawiłam się w sądzie. Razem z siostrą. Sędzia przemaglował mnie na lewą stronę (oczywiście mówiłam do niego z rozpędu per 'pan', a mało brakowało, a walnęłabym 'no coś Ty'), z sali wyszłam chwiejnym krokiem, w barwach biało-czerwono-zielonych na twarzy. A to jeszcze nie koniec. W dodatku spółdzielnia, część mojego ukochanego miasta, założyła już przeciwko mnie sprawę o eksmisję. Świetnie! Świetnie mi się żyje w państwie polskim. Rewelacyjnie. Menelstwo zachlane ma dach nad głową, mogą sobie być zadłużeni, przechlewać kasę i szczać na drzwi wejściowe. Mieszkam tu od urodzenia i chcą mnie wywalić. Ech, szkoda gadać. Ale nie dam się. Na pocieszenie kołdra. I poszewka nawet. Dla Kluski pluszowy Szczurkoś (i kocimiętka), a dla brzuszka czekolada (tak dla odmiany). Zwieńczeniem dnia był wieczór z Farfałkiem, który to jeszcze brody nie zgolił (co pozytywnie wpływa na jego aparycję) oraz YouTube party z tymże kompanem. Cotygodniowe schadzki to już rytuał. Bardzo pomocny w utrzymaniu równowagi psychicznej w ciągu tygodnia.
Czwartek też zjadło, ale za to
Piątek był owocny. Spotkania towarzyskie kwitną. Najpierw siostra (która w drodze na rehabilitację ręki wywaliła się na schodach i zrobiła sobie coś z kostką, kocham!), kupno paczki glonów za 5zł (mniam) i za dużo spaghetti, po którym miałam brzuch napchany jak w 13. miesiącu ciąży. A potem, po miesiącu - Kama! Tak! W końcu. Proszę państwa, co za spotkanie. Przez te kilka lat od kiedy się poznałyśmy zachodzi w niej niesamowita metamorfoza i aż miło popatrzeć, jak się dziewczyna rozwija. Śliczna, oczytana, inteligentna. Lubi siedzieć w kuchni. I ma w domu dużo książek oczywiście. Hmm... Może zerwę z Aśką i zacznę kręcić z Kamą? A może trójkąt?
Nawet przeszło mi przez myśl, żeby skomentować piątkowe głosowanie na temat związków partnerskich, ale straciłam już cierpliwość. I ochotę na śledzenie polityki i tego typu podobnych wydarzeń. Po prostu chce mi się od tego rzygać, nerwy nie wytrzymują. Wolę pisać o czym innym. O lasach zielonych, rzekach mokrych, zwierzątkach, rowerkach, motorkach etc. A nie o gadających głowach.
Z resztą już niedługo. Zasiądę dumnie na pozycji Plecaka i z tej perspektywy świat będę oglądać. Doczekać się nie mogę. Potem sama będę Panią Kierowniczką.
Dzisiaj z piżamy wyskoczyła dopiero koło 14.30. Żeby pozory zachować. Gluty są lekkie i gardło nieco boli, więc niańczenie weekendowe odpadło. W ubraniu pozostałam niecałą godzinę, potem znowu wskoczyłam w piżamkę. Cały dzień w łóżku.
Jeszcze trochę i kwiaciarnię będę mogła otworzyć. Styczeń się jeszcze nie skończył, a już trzeci raz kwiaty w tym miesiącu dostałam. Nie może być! Świat zwariował.
wtorek, 15 stycznia 2013
Właśnie się zastanawiam, jak daleko może sięgnąć autocenzura. Są rzeczy,
które mam ochotę wykrzyczeć, wyśpiewać, po prostu wyrzucić z siebie w
czysto ekshibicjonistyczny sposób. To sprawy pozytywne i negatywne.
Negatywnych nie tykam w ogóle, bo po co. Pranie jakichkolwiek brudów na
forum publicznym? Nie. Ale w sumie - czemu nie? Jeśli coś zalega mi na
wątrobie i jest szczere? Komuś mogłoby być przykro. To nieeleganckie. A
pozytywy? A jeśli rzygam tęczą i nie jestem w stanie sama ze sobą
wytrzymać, bo to męczące? Hm.
Miałam wyjść z domu. Miałam spotkać się z MOJĄ PRZYJACIÓŁKĄ KAMILĄ eŁ, ale przełożyła nasze randez vous. W takim wypadku zabrałam się z zapałem za szukanie zapasowych gumowych nakładek na słuchawki, gdyż jedna taka nakłada ze słuchawki spadła i raczyła się gdzieś zapodziać, doprowadzając mnie tym samym do rozpaczy życia bez muzyki w ciągu dnia. Przeraziła mnie ilość śmieci oraz zaginionych-odnalezionych rzeczy, jakie znalazłam w torbach, a także masa śmieci :3 Gumek nie znalazłam oczywiście. Za to mogłabym otworzyć stragan z (nieużywanymi oczywiście) tamponami. Mam ich zapas na dobre pół roku :P Ale muszę szukać dalej. Mam dzisiaj na to czas.
Mój Najukochańszy przeszedł metamorfozę. Lekką - ale zawsze. Wprawne ręce jednej z dwóch osób, które mogą prócz mnie dotykać najbliższej mi istoty odwaliły kawał dobrej roboty tuningując nieco obręcze, wymieniając znienawidzone opony z wentylem rowerowym na takie z wentylem samochodowym (koniec jebania się z przejściówką), zmieniając opony (po czym akurat musiał spaść śnieg...) i inne drobne, acz znaczne pierdółki. Wczesną wiosną malowanko na oczojebne kolorki, a na dniach serwis przedniego amorka. Cierpię wielce, gdyż czasu braknie na codzienne jazdy :( Frustracja. Przynajmniej do i z pracy jeżdżę z moim Ukochanym.
Dnia 7.I zważyłam się. Ku mojemu zaskoczeniu zeszło mi 2kg, chociaż spodni na nogi wcisnąć nie mogę. I tym razem jestem pewna, że to mięśnie :P Teraz zaczęłam 'normalnie' jeść (pół litra lodów na kolację etc), ale na szczęście w wadze siadły baterie i nie sprawdzę, ile mój zacny tyłek waży po tygodniu. Bardzo dobrze.
I rzygam tęczą dalej niż widzę (Aśka, wybacz). Taka prawda. Nie chcę czuć się winna za to, że jestem szczęśliwa. A jestem i to bardzo. Jeszcze bardziej będę w przyszłą środę jak wyjdę z sądu, a sprawa zakończy się pomyślnie :P
Miałam wyjść z domu. Miałam spotkać się z MOJĄ PRZYJACIÓŁKĄ KAMILĄ eŁ, ale przełożyła nasze randez vous. W takim wypadku zabrałam się z zapałem za szukanie zapasowych gumowych nakładek na słuchawki, gdyż jedna taka nakłada ze słuchawki spadła i raczyła się gdzieś zapodziać, doprowadzając mnie tym samym do rozpaczy życia bez muzyki w ciągu dnia. Przeraziła mnie ilość śmieci oraz zaginionych-odnalezionych rzeczy, jakie znalazłam w torbach, a także masa śmieci :3 Gumek nie znalazłam oczywiście. Za to mogłabym otworzyć stragan z (nieużywanymi oczywiście) tamponami. Mam ich zapas na dobre pół roku :P Ale muszę szukać dalej. Mam dzisiaj na to czas.
Mój Najukochańszy przeszedł metamorfozę. Lekką - ale zawsze. Wprawne ręce jednej z dwóch osób, które mogą prócz mnie dotykać najbliższej mi istoty odwaliły kawał dobrej roboty tuningując nieco obręcze, wymieniając znienawidzone opony z wentylem rowerowym na takie z wentylem samochodowym (koniec jebania się z przejściówką), zmieniając opony (po czym akurat musiał spaść śnieg...) i inne drobne, acz znaczne pierdółki. Wczesną wiosną malowanko na oczojebne kolorki, a na dniach serwis przedniego amorka. Cierpię wielce, gdyż czasu braknie na codzienne jazdy :( Frustracja. Przynajmniej do i z pracy jeżdżę z moim Ukochanym.
Dnia 7.I zważyłam się. Ku mojemu zaskoczeniu zeszło mi 2kg, chociaż spodni na nogi wcisnąć nie mogę. I tym razem jestem pewna, że to mięśnie :P Teraz zaczęłam 'normalnie' jeść (pół litra lodów na kolację etc), ale na szczęście w wadze siadły baterie i nie sprawdzę, ile mój zacny tyłek waży po tygodniu. Bardzo dobrze.
I rzygam tęczą dalej niż widzę (Aśka, wybacz). Taka prawda. Nie chcę czuć się winna za to, że jestem szczęśliwa. A jestem i to bardzo. Jeszcze bardziej będę w przyszłą środę jak wyjdę z sądu, a sprawa zakończy się pomyślnie :P
I nutson na dzisiaj :3
Subskrybuj:
Posty (Atom)