Wracają, jak bumerang, samotne wieczory spędzone w domu w najlepszym możliwym towarzystwie - dobrej whisky i Toma Waitsa lub Marka Lanegana. Było spokojnie. Było cicho. Było sennie. Wszystko poukładane, wszystko na swoim miejscu, bez elementu zaskoczenia, który czułam przez skórę. Że niby coś się zbliża, ale jako że człowiek umiłował sobie podejście 'jeśli >amerykańscy naukowcy< nie udowodnią, że coś istnieje to znaczy, że tego nie ma' nadal traktuję intuicję jako błądzący dodatek do mojej osoby. A ona mnie tak naprawdę nigdy nie zawiodła.
Dzień spędziłam z siostrą. Pierwszy raz od dawna, od nie pamiętam kiedy - babski dzień bez facetów, zrobiłyśmy obiad, podzieliłyśmy się szczerymi spostrzeżeniami na temat przeszłości (staram się elegancko dobrać słowa, huehue) i po tych kilku godzinach doszłyśmy do wniosku, że fajnie byłoby mieć takie mieszkanie trzypokojowe i we dwie tam sobie mieszkać. Przeczytałam jej krótki 'życiorys', jaki spisała i powiem szczerze, że gdybym nie była jej siostrą - jego treść zszokowałaby mnie. Ale jestem jej siostrą. Żyłam obok i naprawdę wszystko widziałam. Nie znałam tylko kilku faktów sprzed moich narodzin. Tym bardziej kocham moją siostrę i tym bardziej chce mi się rzygać na myśl o matce. Owszem, na pewno nie miała lekko, ale jest to osoba, która stanowi wzorowy przykład kogoś, kto nigdy w życiu nie powinien mieć dzieci. Na dodatek nie rozumie, jaką krzywdę wyrządziła dwójce swoich dzieci i dalej to robi - w końcu zajmuje się jeszcze naszym bratem. Zupełnie jak mój ex-szwagier, który nigdy nie zdał i nie zda sobie sprawy, jak bardzo chujowe było to, co robił.
Chciałabym teraz wsiąść na rower i po prostu jechać, jechać, jechać przed siebie. Nie myśleć, nie zastanawiać się. Czysta jazda.
I te oczy, które wszystko wiedzą. Wystarczy, że spojrzą. Emisja ciepła, potrzebna do przetrwania. Zły koniec dnia. Tu jest granica, dalej się nie da.
wtorek, 23 października 2012
sobota, 20 października 2012
Jako że leżakowania dzień kolejny nastąpił, ku zdrowotności, ale jeszcze dobrze na tyle nie jest, bym mogła skupić się na czytaniu nie ryzykując bólu głowy - zostało mi spanie, gapienie się w sufit/przez okno (opcjonalnie razem z rozmyślaniem na tematy różne, te mniej i bardziej ważne [chociaż z doświadczenia wiem, iż intensywność myślenia wpływa wprost proporcjonalnie na wagę problemu]) lub nadrabianie zaległości w serialach i innym badziewiu - postanowiłam zapoznać się w końcu z TVNowskim programem 'Surowi Rodzice'. Z ciekawości (i z frustracji, bo w końcu mój żołądek zaczął domagać się pokarmu, Samiec z poświeceniem kupił pomarańczki i sok jabłkowy - czyli to co chciałam, ale nie spożyję, bo kwaśne i wypali mi gardło). I, jak w większości tego typu uciech, treść jest zatrważająca.
Abstrahując od tego, że wszystko jest ustawione, od początku robi się wodę z mózgu głównie wszystkim tym 35-40 latkom (w sumie nie wiem ile wynosi średnia wieku rodziców nastolatków, strzelałam), którzy są święcie przekonani, że to ich dzieci są jakieś rąbnięte. Przepraszam bardzo, ale dziecko skądś musi czerpać wzorce, a kto jest najlepszym i najbliższym przykładem do naśladowania, jak nie stworzyciele? Większa część zachowania takiego 'zbuntowanego' dziecka jest odbitym echem niepowodzeń (lub sukcesów) z przeszłości. Z czego rodzice tak naprawdę bardzo rzadko zdają sobie sprawę. Jeszcze gorzej, że dorośli ludzie, jacy wyrastają z krnąbrnych pociech również niezbyt często pojmują, że ich problemy w dużym stopniu mogą wynikać z tego, jak ich mamusia czy tatuś dawno temu traktowali.
Dzieciaki trafiają do rodzin 'rządzonych surową ręką' co samo w sobie już przeraża. Kojarzy mi się to z wojskową musztrą, jaką serwował mi ojciec, może dlatego cierpnie mi skóra na sam dźwięk takich słów. Są witani ciepło w nowym nowy, gospodarze przedstawiają im regulamin pobytu (nie przeklinać, oddać komórkę i komputer, nie podnosić głosu... zakaz robienia makijażu...) i zaganiają do pracy. Na początku jest zrozumiały opór, który jednak pod wpływem cierpliwości starszych mędrców topnieje. Praca nie jest taka zła, czeka za nią dobre słowo i nagroda. Pomaganie innym też nie gryzie, ponadto ach... ta satysfakcja! Cała rekonwalescencja trwa tydzień, szóstego dnia młodzież dostaje listy od swych rodzicielek, w których te rzewnie zapewniają, że tęsknią, kochają, zrobią co mogą, by było lepiej etc. W końcu dzień odbicia zakładników. Mamunie przyjeżdżają po swoje pociechy, słyszą o nich dobre słowa, a potem... kilka zdań krytyki pod ich adresem! Ale jak to możliwe? I to zdziwienie wymalowane na ich twarzach... Oczywiście co dalej - tego nie wie nikt, i pewnie nigdy się nie dowiemy. Odbierają profity, życie toczy się dalej własnym torem.
Czego więc się czepiam?
Przede wszystkim wkurza mnie pewna hipokryzja oraz system, którego nie trawię. System 'szanuj mnie bo tak i już' - niby dlaczego? MASZ mnie słuchać, MASZ mnie szanować. Jestem Twoim rodzicem/opiekunem, mogę Cię traktować jak chcę, ale TY MUSISZ być posłuszny. Tak, czerpię ze swojego życiorysu. Jaki to ma wpływ na moje odbieranie tego typu programów/zjawisk - nie wiem. Może nadaje bardziej emocjonalny charakter, a może - jako że problem przepracowałam jakiś czas temu - po prostu wiem jak to jest i staram się wyjaśnić podejście tej młodszej strony. Argumenty 'bo tak/bo nie' nie istnieją. Na szacunek - nawet własnego dziecka - trzeba sobie zapracować. Nie można traktować go wedle własnego widzimisię, oczekując w zamian 'pomocy w kuchni, sprzątaniu' czy innych tego typu rzeczy. Nastolatek, zwłaszcza w okresie dojrzewania, zwłaszcza taki, z którym rodzice nie gadają na trudniejsze tematy to bardzo delikatna materia, nie sprzątaczka.
Hipokryzja natomiast czai się w zestawie tolerancja/jednolitość. Ludzie są różni - z przyczyn niezależnych albo z wyboru. Są niepełnosprawni umysłowo, fizycznie, czarni, biali, żółci, w dredach, irokezie, i tak dalej, i tak dalej. Modne jest ostatnio bycie tolerancyjnym, moim zdaniem to dobrze. Sądzę, że każdy ma prawo do wyrażania siebie w taki sposób, w jaki chce, byleby nie przeszkadzało to w funkcjonowaniu innym ludziom, nie robiło im krzywdy. Ale. W MOIM domu masz się PODPORZĄDKOWAĆ. Nie możesz być inny. Nie możesz się buntować, bo bunt jest zły! Przygotujemy Cię na idealny trybik naszego społeczeństwa. Żebyś nie walczył o swoje, słuchał się szefa i zapomniał o swojej osobowości. Przypomina mi się Orwell i 'Rok 1984'... Wymuszenie czegoś nie jest niczym trudnym. Wiele więcej wysiłku wymaga wypracowanie tego, by ktoś chciał sam z siebie coś zrobić.
Nie jestem zwolenniczką bezstresowego wychowywania dzieci, bo trzeba im stawiać granice i jasno to pokazywać. Co można, czego nie. Ale niech szanowni rodzice nie liczą na to, że tydzień w koszarach 'naprawi' ich dziecko. Proponuję pójść na wspólną terapię, jeśli się nie dogadujecie, a może na początek po prostu słuchać, co dzieciak ma do powiedzenia.
Abstrahując od tego, że wszystko jest ustawione, od początku robi się wodę z mózgu głównie wszystkim tym 35-40 latkom (w sumie nie wiem ile wynosi średnia wieku rodziców nastolatków, strzelałam), którzy są święcie przekonani, że to ich dzieci są jakieś rąbnięte. Przepraszam bardzo, ale dziecko skądś musi czerpać wzorce, a kto jest najlepszym i najbliższym przykładem do naśladowania, jak nie stworzyciele? Większa część zachowania takiego 'zbuntowanego' dziecka jest odbitym echem niepowodzeń (lub sukcesów) z przeszłości. Z czego rodzice tak naprawdę bardzo rzadko zdają sobie sprawę. Jeszcze gorzej, że dorośli ludzie, jacy wyrastają z krnąbrnych pociech również niezbyt często pojmują, że ich problemy w dużym stopniu mogą wynikać z tego, jak ich mamusia czy tatuś dawno temu traktowali.
Dzieciaki trafiają do rodzin 'rządzonych surową ręką' co samo w sobie już przeraża. Kojarzy mi się to z wojskową musztrą, jaką serwował mi ojciec, może dlatego cierpnie mi skóra na sam dźwięk takich słów. Są witani ciepło w nowym nowy, gospodarze przedstawiają im regulamin pobytu (nie przeklinać, oddać komórkę i komputer, nie podnosić głosu... zakaz robienia makijażu...) i zaganiają do pracy. Na początku jest zrozumiały opór, który jednak pod wpływem cierpliwości starszych mędrców topnieje. Praca nie jest taka zła, czeka za nią dobre słowo i nagroda. Pomaganie innym też nie gryzie, ponadto ach... ta satysfakcja! Cała rekonwalescencja trwa tydzień, szóstego dnia młodzież dostaje listy od swych rodzicielek, w których te rzewnie zapewniają, że tęsknią, kochają, zrobią co mogą, by było lepiej etc. W końcu dzień odbicia zakładników. Mamunie przyjeżdżają po swoje pociechy, słyszą o nich dobre słowa, a potem... kilka zdań krytyki pod ich adresem! Ale jak to możliwe? I to zdziwienie wymalowane na ich twarzach... Oczywiście co dalej - tego nie wie nikt, i pewnie nigdy się nie dowiemy. Odbierają profity, życie toczy się dalej własnym torem.
Czego więc się czepiam?
Przede wszystkim wkurza mnie pewna hipokryzja oraz system, którego nie trawię. System 'szanuj mnie bo tak i już' - niby dlaczego? MASZ mnie słuchać, MASZ mnie szanować. Jestem Twoim rodzicem/opiekunem, mogę Cię traktować jak chcę, ale TY MUSISZ być posłuszny. Tak, czerpię ze swojego życiorysu. Jaki to ma wpływ na moje odbieranie tego typu programów/zjawisk - nie wiem. Może nadaje bardziej emocjonalny charakter, a może - jako że problem przepracowałam jakiś czas temu - po prostu wiem jak to jest i staram się wyjaśnić podejście tej młodszej strony. Argumenty 'bo tak/bo nie' nie istnieją. Na szacunek - nawet własnego dziecka - trzeba sobie zapracować. Nie można traktować go wedle własnego widzimisię, oczekując w zamian 'pomocy w kuchni, sprzątaniu' czy innych tego typu rzeczy. Nastolatek, zwłaszcza w okresie dojrzewania, zwłaszcza taki, z którym rodzice nie gadają na trudniejsze tematy to bardzo delikatna materia, nie sprzątaczka.
Hipokryzja natomiast czai się w zestawie tolerancja/jednolitość. Ludzie są różni - z przyczyn niezależnych albo z wyboru. Są niepełnosprawni umysłowo, fizycznie, czarni, biali, żółci, w dredach, irokezie, i tak dalej, i tak dalej. Modne jest ostatnio bycie tolerancyjnym, moim zdaniem to dobrze. Sądzę, że każdy ma prawo do wyrażania siebie w taki sposób, w jaki chce, byleby nie przeszkadzało to w funkcjonowaniu innym ludziom, nie robiło im krzywdy. Ale. W MOIM domu masz się PODPORZĄDKOWAĆ. Nie możesz być inny. Nie możesz się buntować, bo bunt jest zły! Przygotujemy Cię na idealny trybik naszego społeczeństwa. Żebyś nie walczył o swoje, słuchał się szefa i zapomniał o swojej osobowości. Przypomina mi się Orwell i 'Rok 1984'... Wymuszenie czegoś nie jest niczym trudnym. Wiele więcej wysiłku wymaga wypracowanie tego, by ktoś chciał sam z siebie coś zrobić.
Nie jestem zwolenniczką bezstresowego wychowywania dzieci, bo trzeba im stawiać granice i jasno to pokazywać. Co można, czego nie. Ale niech szanowni rodzice nie liczą na to, że tydzień w koszarach 'naprawi' ich dziecko. Proponuję pójść na wspólną terapię, jeśli się nie dogadujecie, a może na początek po prostu słuchać, co dzieciak ma do powiedzenia.
piątek, 19 października 2012
Kocham być chora - pewnie jak większość ludzi. W tym przypadku pewnie jest to efekt jazdy rowerem we wtorkowej ulewie + panoszącego się cholernego wirusa, na którego poległo sporo osób z mojego otoczenia. Ale. Samych ulew przetrwałam już wiele, jak np. całodzienna jazda w deszczu po suwalszczyźnie, zakończona totalnym przemoczeniem do gaci. A tam nie było wanny z ciepłą wodą i suchych ciuchów - po tygodniu opadów wszystko pod namiotem było zimne i wilgotne. Wigry też były z resztą zimne. Jednak podczas całych wakacji nie złapałam nawet zasranego kataru.
Wiem, że jest jesień, wiem też, że jestem skończonym debilem z tą jazdą w deszczu. Jeszcze w środę rano nic nie zapowiadało nadchodzącego dramatu. Po pracy posiedziałam jeszcze trochę w tym naszym pierdolniku, poczłapałam do domu i przywitałam agonię. Temperatura kosmiczna, bóle mięśni całego ciała, katar oraz pierwszy raz od lat spuchnięte migdałki - co dało mi do myślenia, że może jednak jest coś gorszego niż katar zatokowy, nawet przewlekły. Dresy, sweter i dwie kołdry, a mnie nadal telepie z zimna. I pierwsze rady - lekarz i antybiotyk! Do lekarza może bym i poszła, chociaż nie wiem za co (wypłaty jakimś dziwnym trafem się spóźniają) i po co - bo antybiotyków od jakichś 10 lat nie przyjmuję i nie zamierzam tego zmieniać. Oczywiście, gdybym zdychała tak kolejnych kilka dni na pewno nie dążyłabym do samozagłady. Jednak wychodzę z założenia, że organizm w wielu przypadkach sam/z lekką pomocą poradzi sobie z różnego typu świństwami. Może jest to mniej przyjemne (chociaż? wolę w sumie przemęczyć się 3 dni niż być zombie przez tydzień), ale na pewno zdrowsze. Rodzice - zwłaszcza ojciec - nie zadbali o moją odporność w dzieciństwie, przy każdym katarze faszerowali mnie tonami leków, przy każdej grypie - antybiotykami właśnie. Później, kiedy jeszcze chadzałam do lekarzy za każdym razem przepisywali mi antybiotyki. Nie ważne z czym przyszłam. Antybiotyk. Innej opcji nie ma. A guzik, właśnie, że jest. Najfajniejsze są chyba zimne prysznice na zbicie temperatury. Przeróżne ziołowe napary, miód, czosnek, cebula, wietrzenie mieszkania, ciepłe skarpetki i chłodny kompres na czółko.
No i może następnym razem niejeżdżenie w deszczu rowerem. Loooove huuuuurts...!!!! :3
Wiem, że jest jesień, wiem też, że jestem skończonym debilem z tą jazdą w deszczu. Jeszcze w środę rano nic nie zapowiadało nadchodzącego dramatu. Po pracy posiedziałam jeszcze trochę w tym naszym pierdolniku, poczłapałam do domu i przywitałam agonię. Temperatura kosmiczna, bóle mięśni całego ciała, katar oraz pierwszy raz od lat spuchnięte migdałki - co dało mi do myślenia, że może jednak jest coś gorszego niż katar zatokowy, nawet przewlekły. Dresy, sweter i dwie kołdry, a mnie nadal telepie z zimna. I pierwsze rady - lekarz i antybiotyk! Do lekarza może bym i poszła, chociaż nie wiem za co (wypłaty jakimś dziwnym trafem się spóźniają) i po co - bo antybiotyków od jakichś 10 lat nie przyjmuję i nie zamierzam tego zmieniać. Oczywiście, gdybym zdychała tak kolejnych kilka dni na pewno nie dążyłabym do samozagłady. Jednak wychodzę z założenia, że organizm w wielu przypadkach sam/z lekką pomocą poradzi sobie z różnego typu świństwami. Może jest to mniej przyjemne (chociaż? wolę w sumie przemęczyć się 3 dni niż być zombie przez tydzień), ale na pewno zdrowsze. Rodzice - zwłaszcza ojciec - nie zadbali o moją odporność w dzieciństwie, przy każdym katarze faszerowali mnie tonami leków, przy każdej grypie - antybiotykami właśnie. Później, kiedy jeszcze chadzałam do lekarzy za każdym razem przepisywali mi antybiotyki. Nie ważne z czym przyszłam. Antybiotyk. Innej opcji nie ma. A guzik, właśnie, że jest. Najfajniejsze są chyba zimne prysznice na zbicie temperatury. Przeróżne ziołowe napary, miód, czosnek, cebula, wietrzenie mieszkania, ciepłe skarpetki i chłodny kompres na czółko.
No i może następnym razem niejeżdżenie w deszczu rowerem. Loooove huuuuurts...!!!! :3
środa, 17 października 2012
Pytanie mam dzisiaj do Panów - czy to my, kobiety, jesteśmy jakieś pierdolnięte i się czepiamy? Czy to wy macie jakąś taką wadę fabryczną? Chodzi o to - czy napisanie esemesa, że 'będę późno' wymaga niewiarygodnego wysiłku, który jest ponad wasze możliwości? Chociaż jako mężczyźni, którym nie straszne ni wiertarki, ni remonty wystukanie tych paru literek wiele problemów nastręczać nie powinno. Hmm... Jednak jeśli pomyślę o pojedynku facet vs. bobas z zasraną pieluchą wynik jest prosty. Niemniej jednak między 'zamkniemy koło 1.00' a informacją o 5.20 'cześć kochanie, właśnie wyszedłem' jest różnica. Zwłaszcza jeśli jest się personą ściągającą na siebie różne nieszczęścia typu Wielka Pardubicka przed bandą drechów w środku nocy ulicami mokotowa. Może moje rozżalenie potęguje totalne niewyspanie.
Chyba naoglądałam się za dużo filmów. Nawet nie chodzi o jakąś ogromnie romantyczną miłość, ale ogólnie tak sobie myślę, że fajnie na dobranoc być pomizianą po pleckach. A rzeczywistość brutalna - każde pod swoją kołdrą odwraca się do drugiego dupą. W nocy jedno kaszle i opluwa drugiemu twarz, drugie się kręci i poniewiera nos pierwszego łokciem.
Pojechałam wczoraj na rozmowę o pracę przy półrocznym maluchu i uznałam, że rewelacyjnym pomysłem będzie przejechanie się ze służewia na powiśle rowerem. Złota polska jesień, 13 stopni i ściana deszczu. Lubię jeździć w deszczu - jeśli tylko mam dobre gogle, a takich wczoraj w posiadaniu nie miałam. Tak samo jak kurtki przeciwdeszczowej i innych odpornych na ciecze ubrań, w związku z tym przemokłam do gaci. Ale rower przynajmniej jest teraz czyściutki. Wrzuciłam się do wanny z wrzątkiem, odmoczyłam, wygrzałam. Deszczyk słodko stukał o parapet i podokienny cis, oglądałam niezbyt ambitny serial, bo mój mózg przełączał się powoli w stan hibernacji. Jednak wystarczyło zgasić światło i szlag wszystko ciemny trafił. Zero spania. Nogi chcą tańczyć, oczy spać, mózg jeździć na rowerze. I się kręci cielsko po wyrze przez kilka godzin. I na zombie mode do pracy. Na szczęście nikogo nie ma. Dwie kawy, piwo, to wszystko. Leciał Mastodon, teraz Pelican, potem The Ocean. Grabarza nie jestem w stanie już zdzierżyć, sam dźwięk jego głosu podnosi mi ciśnienie. Szanuję jego pracę, uważam, że jego teksty są całkiem trafne (dobra, nie znam całej jego twórczości - mówię o tym, z czym miałam styczność), ale maniera z jaką śpiewa po pewnym czasie drażni jak żwir w sandale.
Dobra, to tyle pierdolenia na chwilę obecną.
Chyba naoglądałam się za dużo filmów. Nawet nie chodzi o jakąś ogromnie romantyczną miłość, ale ogólnie tak sobie myślę, że fajnie na dobranoc być pomizianą po pleckach. A rzeczywistość brutalna - każde pod swoją kołdrą odwraca się do drugiego dupą. W nocy jedno kaszle i opluwa drugiemu twarz, drugie się kręci i poniewiera nos pierwszego łokciem.
Pojechałam wczoraj na rozmowę o pracę przy półrocznym maluchu i uznałam, że rewelacyjnym pomysłem będzie przejechanie się ze służewia na powiśle rowerem. Złota polska jesień, 13 stopni i ściana deszczu. Lubię jeździć w deszczu - jeśli tylko mam dobre gogle, a takich wczoraj w posiadaniu nie miałam. Tak samo jak kurtki przeciwdeszczowej i innych odpornych na ciecze ubrań, w związku z tym przemokłam do gaci. Ale rower przynajmniej jest teraz czyściutki. Wrzuciłam się do wanny z wrzątkiem, odmoczyłam, wygrzałam. Deszczyk słodko stukał o parapet i podokienny cis, oglądałam niezbyt ambitny serial, bo mój mózg przełączał się powoli w stan hibernacji. Jednak wystarczyło zgasić światło i szlag wszystko ciemny trafił. Zero spania. Nogi chcą tańczyć, oczy spać, mózg jeździć na rowerze. I się kręci cielsko po wyrze przez kilka godzin. I na zombie mode do pracy. Na szczęście nikogo nie ma. Dwie kawy, piwo, to wszystko. Leciał Mastodon, teraz Pelican, potem The Ocean. Grabarza nie jestem w stanie już zdzierżyć, sam dźwięk jego głosu podnosi mi ciśnienie. Szanuję jego pracę, uważam, że jego teksty są całkiem trafne (dobra, nie znam całej jego twórczości - mówię o tym, z czym miałam styczność), ale maniera z jaką śpiewa po pewnym czasie drażni jak żwir w sandale.
Dobra, to tyle pierdolenia na chwilę obecną.
piątek, 12 października 2012
Zmian ciąg dalszy.
Samiec wprowadził się do mnie, robiąc tym samym niemały zamęt tak w mieszkaniu, jak i w moim życiu doczesnym. Plus jest taki, że mam rączki do pomocy przy remoncie, a nawet przy tym remoncie bardzo uczestniczyć nie mogę, bo to przecież męska rzecz. Nie mam dużego kawałka ściany, co z początku mnie przerażało, w efekcie jednak 'powiększyło' mieszkanie. Mniejszy pokój jest ciemnofioletowy z wściekle pomarańczowym sufitem (chociaż wg producenta kolor, który wybrałam powinien być brzoskwiniowy, pastelowy, delikatny. tia...), wygląda zajebiście. Zwłaszcza w porównaniu z tym, co było wcześniej. Na podłodze najtańsze panele (dziękuję ciociu Oldze za pomoc, sama bym sobie z tym nie poradziła), chociaż i tak cała podłoga pokryta jest materacem. Łazienka jest RÓŻOWA, w większym pokoju będą sosnowe deski, zielone ściany i porządek. Zrywanie starej klepki podłogowej było nie lada wyzwaniem, ale od czego jest łom i młotek! Powinnam od poprzednich lokatorów zażyczyć sobie odszkodowania za straty moralne :3 Zadzwoniłam nawet do matuli, by pochwalić się postępami. Ale nie zapytałam już co u niej, nie byłabym w stanie znieść monologu o tym, jakie życie jest straszne, a ludzie podli. Wystarczą mi takie opowiadania w wykonaniu Samca.
Praca. Skończyła się. Z małymi animozjami i turbulencjami, suma sumarum wyszło pokojowo. Dzisiaj ostatni oficjalny dzień mojego niańczenia z Hipkiem. Z jednej strony swego rodzaju ulga, więcej czasu dla siebie, z drugiej - smuteczek! Ponad dwa lata razem. Największą nagrodą są słowa pani z przedszkola, do którego młody chodzi, i z którego odbieram go popołudniami - 'przygotowała pani wzorowo młodego człowieka do przedszkola'. Jest bezproblemowy, ciekawy świata, inteligentny... Ja wiem, geny. Ale jednak poświęcając mu kawał czasu też mam chyba w tym jakiś udział. Chociaż malutki. Oj bo ja taka skromniutka jestem :P Co z nową pracą? Nie wiem. Na razie jej nie ma, nawet na horyzoncie. Szukam nowych dzieci, ale nie wiem, czy jestem gotowa na to, by znowu pracować po 10h dziennie. Trochę więcej siebie chciałabym mieć w życiu. Z Wetlinowania kasy starczy na opłaty i drobne przyjemności, więc może w końcu zacznę robić coś swojego. Zobaczymy. tym bardziej, że...
...dzisiaj wróciły do mnie moje kochane skarbeczki! Okazało się, że żadna z pięciu dziurek po kolczykach nie zarosła, więc razem z pomocą Dzikiej uaktywniłam z powrotem trzy kolczyki w wardze. Żadnej opuchlizny, żadnego syfienia, jakby moje ciało tęskniło za tymi kawałeczkami tytanu. Bardzo szczęśliwa jestem z tej okazji!
No i chyba naj... najwszystko dla mnie sprawa. Czyli. Że ja. Śpiewam. Dobra, może to za dużo powiedziane. W każdym razie przyszedł kolega, kazał się nauczyć trzech kawałków, potem przyjść na próbę, potem na drugą, a potem to już koncert. Przed tysiącem osób, które przyszły obejrzeć Braci Figo Fagot. I taka ja, w różowej sukieneczce. Pierwsze koty za płoty, było genialnie! I chcę jeszcze, chcę więcej! I, że tak powiem, molestujemy się wzajemnie, żeby robić coś dalej w tym temacie :D Taaaak, pół TPN25, pół Kabanosa i Kotłownia... Marzenia się spełniają :3
A jesień sprzyja dysrowerii, z którą trzeba walczyć, by organizm nie zapomniał co i jak.
Samiec wprowadził się do mnie, robiąc tym samym niemały zamęt tak w mieszkaniu, jak i w moim życiu doczesnym. Plus jest taki, że mam rączki do pomocy przy remoncie, a nawet przy tym remoncie bardzo uczestniczyć nie mogę, bo to przecież męska rzecz. Nie mam dużego kawałka ściany, co z początku mnie przerażało, w efekcie jednak 'powiększyło' mieszkanie. Mniejszy pokój jest ciemnofioletowy z wściekle pomarańczowym sufitem (chociaż wg producenta kolor, który wybrałam powinien być brzoskwiniowy, pastelowy, delikatny. tia...), wygląda zajebiście. Zwłaszcza w porównaniu z tym, co było wcześniej. Na podłodze najtańsze panele (dziękuję ciociu Oldze za pomoc, sama bym sobie z tym nie poradziła), chociaż i tak cała podłoga pokryta jest materacem. Łazienka jest RÓŻOWA, w większym pokoju będą sosnowe deski, zielone ściany i porządek. Zrywanie starej klepki podłogowej było nie lada wyzwaniem, ale od czego jest łom i młotek! Powinnam od poprzednich lokatorów zażyczyć sobie odszkodowania za straty moralne :3 Zadzwoniłam nawet do matuli, by pochwalić się postępami. Ale nie zapytałam już co u niej, nie byłabym w stanie znieść monologu o tym, jakie życie jest straszne, a ludzie podli. Wystarczą mi takie opowiadania w wykonaniu Samca.
Praca. Skończyła się. Z małymi animozjami i turbulencjami, suma sumarum wyszło pokojowo. Dzisiaj ostatni oficjalny dzień mojego niańczenia z Hipkiem. Z jednej strony swego rodzaju ulga, więcej czasu dla siebie, z drugiej - smuteczek! Ponad dwa lata razem. Największą nagrodą są słowa pani z przedszkola, do którego młody chodzi, i z którego odbieram go popołudniami - 'przygotowała pani wzorowo młodego człowieka do przedszkola'. Jest bezproblemowy, ciekawy świata, inteligentny... Ja wiem, geny. Ale jednak poświęcając mu kawał czasu też mam chyba w tym jakiś udział. Chociaż malutki. Oj bo ja taka skromniutka jestem :P Co z nową pracą? Nie wiem. Na razie jej nie ma, nawet na horyzoncie. Szukam nowych dzieci, ale nie wiem, czy jestem gotowa na to, by znowu pracować po 10h dziennie. Trochę więcej siebie chciałabym mieć w życiu. Z Wetlinowania kasy starczy na opłaty i drobne przyjemności, więc może w końcu zacznę robić coś swojego. Zobaczymy. tym bardziej, że...
...dzisiaj wróciły do mnie moje kochane skarbeczki! Okazało się, że żadna z pięciu dziurek po kolczykach nie zarosła, więc razem z pomocą Dzikiej uaktywniłam z powrotem trzy kolczyki w wardze. Żadnej opuchlizny, żadnego syfienia, jakby moje ciało tęskniło za tymi kawałeczkami tytanu. Bardzo szczęśliwa jestem z tej okazji!
No i chyba naj... najwszystko dla mnie sprawa. Czyli. Że ja. Śpiewam. Dobra, może to za dużo powiedziane. W każdym razie przyszedł kolega, kazał się nauczyć trzech kawałków, potem przyjść na próbę, potem na drugą, a potem to już koncert. Przed tysiącem osób, które przyszły obejrzeć Braci Figo Fagot. I taka ja, w różowej sukieneczce. Pierwsze koty za płoty, było genialnie! I chcę jeszcze, chcę więcej! I, że tak powiem, molestujemy się wzajemnie, żeby robić coś dalej w tym temacie :D Taaaak, pół TPN25, pół Kabanosa i Kotłownia... Marzenia się spełniają :3
A jesień sprzyja dysrowerii, z którą trzeba walczyć, by organizm nie zapomniał co i jak.
Subskrybuj:
Posty (Atom)