Chciałam pominąć zbędny wstęp, ale jak wiadomo - wstęp to bardzo ważna część, eee.... tak ogólnie w życiu. Pominięcie wstępu to kiepska sprawa. Ale wstęp musi być dobry - nie taki na odwal się. To tak, jakby go w ogóle nie było. Więc kończąc mój zajebisty wstęp przechodzę do sedna sprawy, przynajmniej do punktu pierwszego.
A dzisiaj jest nim grafomaństwo. W weekend wybieram się na kilka koncertów polskich kapel. Przesłuchiwałam je i o ile muzycznie... no, dadzą jakoś radę, tyle teksty (no dobra, jednej z nich, nie będę wymieniać z nazwy) rozłożyły mnie na łopatki, bynajmniej nie z zachwytu. Nie mogłam tego słuchać. I tak myślę sobie, że większości polskojęzycznych tekstów nie da się słuchać (jeśli chodzi o anglojęzyczne - nie jestem aż taka pro, ale słychać, kiedy ktoś język kaleczy...), czego najlepszym przykładem jest Coma. Ale z drugiej strony to ja jestem cholerną ignorantką, bo przecież każdy ma pragnienie wyrażania siebie (ja też, pisząc chociażby te słowa, które również mogą ujść za suche grafomaństwo), a nie każdy musi być Osiecką, Szymańskim czy Rimbaud, nie? W ogólnym rozrachunku wychodzi na to, że nawet teksy Ich Troje mogą trafiać do serca.
Punktu drugiego i kolejnych brak. To był epilog.
Koniec.
wtorek, 10 stycznia 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz