wczorajszy dzien byl co najmniej dziwaczny. po pracy mialam zalatwic 4 sprawy - bilety na Hair, odebrac polecony z poczty, zrobic jakies zakupy, no bo swieto oraz odwiezc pracodawczyni pozyczony w gwizdku internet. na szczescie Justyna sie zlitowala i powiedziala, zebym przywiozla go w piatek do pracy po prostu. okej, pojechalam do kongresowej - bilety o 50zl drozsze niz twierdzila informacja na stronie, wiec dupa. pojechalam zatem na poczte, ale przede mna bylo 28 osob... jak latwo sie mozna domyslic, zrezygnowalam i z tej przyjemnosci. zostaly mi wiec zakupy! jea, szoping, czyli to co niewatpliwie kocham. w markecie kolejka taka, ze... sie odechcialo wszystkiego. na szczescie kasa alkoholowa jest osobna, wiec zaopatrzylam sie sowicie, moze jeszcze na weekend starczy. w koncu nie musze nic jesc. weszlam rowniez do rossmanna po duze worki na smieci, zeby miec dzisiaj w co pakowac ubrania. wyszlam z plynem do prania i pilingiem. bez workow. i bez stania w kolejce, bo usmiechnelam sie do pani z kasy kosmetycznej (dla tych, ktorzy nie wiedza jak to w rossmannie wyglada - przy wyjsciu sa kasy do ktorych stoi sie godzine, przy kolorowych babskich mazidlach jest osobna kasa. wepchnelam sie do niej z Lenorem Spring, bez udzialu kosmetykow). zakupy jako takie zrobilam w sklepie pod domem. ach, i mialam ochote na jajecznice dzisiaj rano, ale co? tak, zapomnialam kupic jajek. cos mam z glowa.
w kazdym razie mialam jechac do Marty, poniewaz kolejny przedstawiciel podrzednego gatunku meskiego okazal sie zlamanym chujem. niewiele z tego planu wyszlo, zapukala bowiem sasiadka obok, ze umiera i czy nie moglabym z nia posiedziec. wielkiego wyboru nie mialam, poszlam do sasiadki. w ciagu 1,5h zdazyla opowiedziec mi historie swojego zycia i zwierzyc sie, ze corka chciala ja otruc, a ziec pewnie wynajal jakichs zbirow, zeby ktorys ja palnal w leb jak wyjdzie z domu. nie wiem, ile w tym jest prawdy, ale kobiecina samotna jak palec. musi sie czlowiek czasem wygadac, wtedy sie lzej robi.
kiedy juz wrocilam do domu, zdazylam jeno usiasc, a rozdzwonil sie telefon - x, pracoholik, o 22.34 skonczyl prace i podjedzie na herbatke. niestety, stracil wiele punktow kiedy zaczal sie przechwalac swoim bujnym zyciem seksualnym oraz podbojami starszych kobiet pt 'co to nie on'. nie lubie takich pierdol. z serii 'zlote mysli mojej mamy' - krowa, ktora duzo ryczy, malo mleka daje. z reszta, co mnie to obchodzi. moze ludzilam sie, z x okaze sie fajnym facetem, jakim zapamietalam go z dziecinstwa, na razie jednak stwarza wrazenie chlejusa erotomana. jea!
i tak sie oto bardzo milo zaczal dzien niepodleglosci. na sniadanie marcepanowa czekolada na goraco. nie mam juz w domu slodyczy, ale grycan do 20.00 otwarty.
czwartek, 11 listopada 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz